Krystyna Woźniak-Trzosek matura 1965 r.

SZKOŁA Z TRADYCJĄ
JUBILEUSZOWE WSPOMNIENIA Z OKAZJI STULECIA  LICEUM im. TOMASZA ZANA w PRUSZKOWIE

Moja szkoła w tym roku będzie obchodzić stulecie swego istnienia i na tę okoliczność  poproszono mnie o napisanie wspomnień do przygotowywanego obecnie  pamiątkowego wydawnictwa.

   Powiedziałam, że chętnie te wspomnienia przywołam, tym bardziej,  że z tą szkołą byłam związana przez dwanaście lat, najpierw jako uczennica, później jako nauczycielka języka polskiego.

   Tylko, czy takie wspomnienia ktoś w ogóle czyta, poza ich autorami i może jeszcze kilkoma osobami zaciekawionymi, bo a nóż  coś tam o sobie znajdą?

   Gdybym miała pióro Wiktora Gomulickiego, którego  „Wspomnienia niebieskiego mundurka” czytałam  w młodości z wypiekami na twarzy, to kto wie, może po napisaniu moich ”zanowskich” wspomnień, poczytność szacownej publikacji o naszej szkole znacznie by się podniosła, już nie mówiąc o tym, że zwiększony nakład znacząco by  wspomógł skromny budżet  Towarzystwa  Absolwentów, Wychowanków i Przyjaciół Szkoły.

   Niestety nie jestem Wiktorem Gomulickim, ale ponieważ obiecałam, że coś napiszę, a jak się  obieca , to należy  tego dotrzymać, pomyślałam sobie,  że przy okazji  tych wspomnień, spróbuję  ‘’przemycić’ treści, które będą swego rodzaju na tyle istotnym i uniwersalnym przekazem , że może jakiś ślad po nich zostanie w umysłach i sercach tych, którzy mimo wszystko je przeczytają.

   Chciałabym, aby te moje  przemyślenia spisane w czasach, kiedy dramatycznie podupada prestiż polskiej szkoły, podobnie jak poziom nauczania, stały się taką małą cegiełką dołożoną do tej olbrzymiej i potężnej budowli, która nazywa się EDUKACJA.

ODKURZANIE PAMIĘCI…… lata sześćdziesiąte  i  siedemdziesiąte ubiegłego stulecia

 

„Nie zawsze możemy kształtować lepszą  przyszłość dla naszych
dzieci, ale zawsze powinniśmy kształtować nasze dzieci dla
czekającej  je przyszłości”
Franklin D. Rooswelt

 

Zawsze uważałam, że najważniejszym  zadaniem szkoły, jak i  rodziców jest przygotowanie dzieci i młodzieży  do czekającej  ich przyszłości. Co to znaczy  i czy się nad tym zastanawiamy?

   Nie każdy może mieć dobrze wyedukowanych rodziców, ale każdy powinien mieć dobrze wyedukowanych nauczycieli, bo to jest ich rola, bo to tego zostali powołani.

   Ja takich nauczycieli miałam.  Wzorce wyniesione z domu i ze szkoły  kształtowały mnie i wyznaczały szlaki mojej  życiowej drogi.

   Pamiętam, był początek roku szkolnego, lekcja historii w ostatniej  już maturalnej  klasie. Otwieramy podręczniki , zeszyty i czekamy jak zawsze, co nam dziś powie pani prof. Maria Anterszlak.  I wiecie , co nam powiedziała?  „Zamknijcie podręczniki, schowajcie i najlepiej do nich nie zaglądajcie , o współczesnych dziejach Polski sama wam opowiem, nie chcę żebyście poznali zafałszowaną historię”.

   W tamtych czasach mówienie prawdy, było ze strony nauczyciela wielkim aktem odwagi i sygnałem dla nas uczniów , jak ważną rzeczą jest bycie wiernym wartościom, które wyznajemy, nawet za cenę utraty pewnych przywilejów,  pracy, czy innych doraźnych korzyści.  Jakież  to jest ważne w ogólnym bilansie  życia , chociaż pozornie  taki nonkonformizm  może  się wydawać  bezsensownym poświęceniem.

   Dlatego, kiedy już sama zostałam nauczycielką,  wiedziałam, że szkoła to nie tylko „kuźnia umysłów”, to także „kuźnia charakterów”. Czy współczesna szkoła taka jest?

   Ale wróćmy do wspomnień.

   Ostatni rok przed maturą, to czas ważnych wyborów, to czas, kiedy trzeba sobie odpowiedzieć : Co dalej?  Kim chcę być?  Któż z nas nie pamięta jakie to bywało trudne? Wszak od tych wyborów zależało  nasze przyszłe życie, to czy będziemy ludźmi spełnionymi  i zadowolonymi  z tego, co uda nam się kiedyś na naszej zawodowej drodze osiągnąć.

   Zdecydowałam, że pójdę na studia medyczne, chociaż w głębi duszy wcale tego nie pragnęłam. Myślę, że jak wielu młodych ludzi, bardziej  chciałam spełnić oczekiwania rodziców, niż swoje własne.

   I oto któregoś dnia, moja ukochana polonistka pani prof. Stanisława Ostrowska, czyli nasza  Stasia, jak ją w szkole nazywaliśmy, poprosiła, abym została po lekcjach, ponieważ musi ze mną  porozmawiać. Okazało się, że pani profesor z racji swojego wieku, chce już odejść na emeryturę  i  szuka swojego następcy i właśnie we mnie taką osobę widzi. Byłam szczęśliwa,  że to mnie na swoje miejsce wybrała i tak w jednej chwili zmieniła całe moje życie. Ona po prostu wiedziała, czego tak naprawdę pragnęłam.  Bo prawdziwy nauczyciel, to nie tylko osoba, która nas dobrze  zna i rozumie, i to nie tylko osoba, która nam przekazuje swoją wiedzę, ale to także osoba, która przekazuje nam swoją pasję i swoje ideały.

   Przyrzekłam swojej profesor, że pójdę na polonistykę i wrócę do tej szkoły. Słowa dotrzymałam. I nigdy, przenigdy tej decyzji nie żałowałam.

   Po studiach, jako „świeżo upieczona” absolwentka wydziału polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, zgłosiłam się do pracy w  szkole, w  mojej szkole. Pod koniec sierpnia przyszłam na pierwszą  radę pedagogiczną. W ciągu pięciu lat mojej tu nieobecności niewiele się zmieniło. Byli wszyscy moi nauczyciele, oprócz emerytowanej prof. Ostrowskiej,  łącznie z moim wychowawcą  prof. Stefanem Ciesielskim. Byłam trochę onieśmielona  taką sytuacją. Do pokoju nauczycielskiego nigdy nie wchodziłam,  więc stanęłam pod drzwiami i zastanawiałam się, co zrobić. Dopiero  mój dyrektor Jan Gilewicz wprowadził  mnie do środka i oficjalnie przedstawił, chociaż wszyscy mnie znali i pamiętali. Usiadłam nieśmiało na wskazanym miejscu przy wielkim, długim stole w pokoju nauczycielskim i wówczas jeden z młodszych nauczycieli prof. Włodek Wojkowski powiedział: „przecież nie będziemy mówić do naszej uczennicy ‘proszę pani’, a ona do nas jak ma się zwracać?”  Po skończonej naradzie Włodek wyciągnął z szafki jakieś resztki starej brandy i wypiliśmy symboliczny bruderszaft. To był bardzo sympatyczny gest, chociaż pamiętam,  że minął rok zanim do mojego byłego wychowawcy , starszego pana, ośmieliłam się powiedzieć  per Stefan. Takie to były czasy.

   Kiedy rozpoczynałam pracę w szkole, miałam 23 lata. Zgodnie z ówczesna modą nosiłam krótkie spódniczki, a długie włosy czasem sobie związywałam dla dodania powagi, ale mimo to mój dyrektor  powiedział: „Krysiu zacznij się malować , żeby można cię było odróżnić od naszych uczennic”. I zaczęłam się malować, ale na niewiele  to się zdało. Pamiętam, jak któregoś dnia pojechałam z moimi uczniami do muzeum , a przewodnik , który tam na nas czekał , podszedł do mnie i spytał: „ Z kim przyjechaliście , gdzie jest wasz opiekun?” Takich zabawnych,  zwłaszcza dla moich uczniów, sytuacji związanych z moim młodym wiekiem,  było sporo, ale nie to było wówczas dla mnie najważniejsze.

   Najważniejsze było to, jak  pomimo tego smarkatego wyglądu, zdobyć  zaufanie moich podopiecznych, ich szacunek i autorytet, bo od tego zależało, czy jako pedagog odniosę sukces, czy poniosę porażkę. Wiedziałam, że linia podziału między przyjacielskim traktowaniem uczniów, a pozwoleniem na spoufalanie się z nimi jest bardzo cienka. Ale wiedziałam też, że tupanie nogą, krzyczenie, udawanie srogiej i wymagającej poprzez stawianie niedostatecznych ocen do niczego dobrego nigdy nie prowadzi. Owszem można wytworzyć wokół siebie ochronną aurę strachu, jak to niektórzy nauczyciele robią, i tak  ”uczyć” dyscypliny oraz posłuszeństwa, ale nigdy w ten sposób nie zdobędzie się  szacunku swoich uczniów.

   Młodzi ludzie są dobrymi obserwatorami, są krytyczni i uważni bardziej , niż nam się wydaje.
Czy zatem jest recepta na bycie dobrym nauczycielem?
Moim zdaniem jest i to bardzo prosta.

   Po pierwsze, to, co najbardziej uwiarygodnia nauczyciela w oczach uczniów, to jest zarówno jego wiedza, jak i umiejętność rzetelnego i ciekawego jej przekazywania, czyli chodzi o  dobre przygotowanie się do każdej lekcji. Po drugie, trzeba być  sprawiedliwym, bez taryfy ulgowej i specjalnego wyróżniania niektórych. Każdemu uczniowi trzeba dać jednakowe szanse, ale też czasami podejść indywidualnie, bo przecież każdy jest inny.  Po trzecie, żeby zrozumieć tę odmienność i niepowtarzalność każdej ludzkiej istoty, a więc i każdego ucznia, należy się  do niego odnosić z szacunkiem i przyjaźnią, na pewno nie z pozycji wszechmogącego i wszechwiedzącego belfra.

   NAUCZYCIEL, KTÓRY NIE POTRAFI BYĆ PRZYJACIELEM DLA SWOICH UCZNIÓW, NIGDY NIE POWINIEN BYĆ NAUCZYCIELEM.

   Napisałam kiedyś w jednym ze swoich artykułów, że jako nauczycielka kontynuowałam przede wszystkim dzieło mojej polonistki, która uczyła nas miłości do literatury, miłości do pięknego słowa.  Musieliśmy nie tylko dużo czytać  jako uczniowie, ale także dużo pisać , bo pisania nie można nauczyć się teoretycznie, tak jak zresztą wszelkich umiejętności. Bowiem umiejętność to sprawa ćwiczenia, rozwijania  się poprzez praktykę. Nie można nauczyć się pisać , nie pisząc dużo lub wcale. Dlatego moi uczniowie raz lub dwa razy w tygodniu pisali wypracowania, które później wspólnie omawialiśmy. Ale nasuwa się tu kolejne pytanie: czy można tych umiejętności nauczyć, podczas  gdy na egzaminach i zajęciach robi się tylko testy, stawiając krzyżyki  w odpowiednich miejscach?  Owszem jest to sprawdzian wiedzy, sprawdzian tego, czy znamy fakty, ale nigdy w ten sposób nie nauczymy się pisać i mówić poprawnie. Jaka zatem będzie przyszłość młodego pokolenia, wychowanego na testach, SMS-ach,  czy  krótkich informacjach  e-mailowych?  Czy będą wrażliwi na piękno języka lub też czy dadzą się omamić komuś, kto na przykład wykorzysta swoje zdolności oratorskie i nie zawsze wystąpi z czystymi intencjami, kto będzie chciał wpływać  na opinię  poprzez  zwykłą manipulację?

   Dlatego z jednej strony starałam się wpoić moim uczniom zamiłowanie do języka, do literatury, ale też uczulałam ich na niezwykle ważną sprawę, jaką jest odpowiedzialność za słowo. Ta odpowiedzialność sprawia, że to, co piszemy lub mówimy, musi wynikać z naszej rzetelnej wiedzy i płynąć z naszego przekonania,  że w to wierzymy, musi być zgodne z naszym sumieniem. Uświadamiałam moim wychowankom, że niestety tak się w życiu zdarza, iż człowiek, za cenę akceptacji otoczenia, gotów jest wyrzec się swoich przekonań i ideałów. Pokazując im prawdę o naszej rzeczywistości, o naszej historii, prawdę, która wypływała z mojego wewnętrznego przekonania, dawałam świadectwo, że nie zawsze musimy pozwolić na to, aby zostały zniewolone nasze umysły. Miałam to szczęście, że tej odwagi w mówieniu prawdy nauczyli mnie moi rodzice, a potem nauczyciele, którzy nie bali się mówić o wartościach, tych uniwersalnych, które decydują o naszym człowieczeństwie i o ciągłości naszej cywilizacji.

DEDYKACJA

   Słowa, które tu napisałam dedykuję obecnym i przyszłym nauczycielom, obecnym i przyszłym uczniom, a szczególnie tym, którzy zdecydują się na wybranie zawodu nauczyciela, jednego z najtrudniejszych, ale i najpiękniejszych zawodów na świecie.

Krystyna Woźniak-Trzosek matura 1965 r.
(tekst oryginalny przesłany przez autora)